Już pierwszego dnia przekonałam się, że muszę zmienić dietę by sprostać wyzwaniu: jeden banan nie dostarcza energii na 3 godziny
jazdy.
Zatem na śniadanie była porcja muesli, potem obiad,
z reguły to co było odłożone w zamrażalniku, bo ani siły ani czasu na zakupy i gotowanie
nie miałam. Szybko okazało się, że potrzebuję jednak wiecej protein,
bo szybko opadałam z sił, bo resztki zamrażalnikowe składały się głównie z warzyw. Przez ostatnie 3 dni Obywatel donosił jedzenie z pobliskiej
jadłodajni.
Ponieważ było gorąco, wypracowałam 30 minutowa
rutynę: 30 minut jazdy, kilka łyków wody i kolejne pół godziny jazdy. Popołudniami,
gdy energia spadała, ratowałam się kilkoma łykami coli. We wtorek napęd stanowiła serwatka, która rewelacyjnie zastapiła wodę i colę. Zwiększyłam standardowa dzienna dawkę kalorii o połowę.
chyba czapla szara
Teraz nie jeżdżę, bo często pada, ale dni zaczynam z video pilatesem.















