Wzięłam na siebie, bo miał przynieść prestiż, praca dla renomowanej instytucji... marzyłam o spisanych regułach, jasno postawionych wytycznych i
celach... jednym słowem organizacji pracy, jakiej często mi tu brakuje. Na marzeniach się skonczyło, bo takiej degregolady to dawno nie widziałam. Gdyby instytucja nie byla zaprzyjazniona
z miejscową-matczyną, podziekowałabym za wspołpracę, bo szkoda moich nerwów, bo wygląda na to, że tylko mi zależy, żeby projekt zakoczyl się sukcesem: pięciu podwykonawców, każdy dzierga po swojemu, i nikt nie ma nad tym nadzoru.
kolory lata
Rower
dzielnie się
trzyma w schowku, na samotność nie cierpi, bo wyciągam go na krótkie wyjazdy do najbliższego sklepu z owocami. Pogoda
najpierw temperatura odstraszała, bo spadła do 5, teraz wiatrem pogania. Oby do zimy, wtedy się ustabilizuje.
Efektem
pierwszego tygodnia pracy jest nerwoból pleców, czasem nawet trudno mi złapać
głębszy oddech. Prawdopodobnie również dlatego, ze przerwałam ćwiczenia fizyczne
na kilka dni by przygotować moją działkę projektu i mięśnie domagają się wysiłku.
czwarta po poludniu
Sytuacja
z dziś: w
pralni podłoga
zalana wodą,
nikt się tym
ni zajał
przez dwa dni, więc dziś wytarłam. Nawinęła się dziewczyna odpowiedzialna za porządek, więc poinformowałam, że ktoś
powinien zadbać o
wytarcie: rozejrzała się i mówi „przecież nie
ma na podłodze żadnej wody”; „nie ma mówię, bo właśnie wszystko wytarłam do sucha” (wskazując na szmatę i rękawice, które
miałam na
rękach).













